LinkedIn śledzi wizyty na stronach profilowych. Jeśli jednak chcesz zobaczyć, kto odwiedził Twój profil, musisz zapłacić. Spółka zależna Microsoftu wykorzystuje te i inne "spostrzeżenia" jako zachętę do zapisania się do płatnego członkostwa Premium. Nie jest jasne, czy takie śledzenie odwiedzających jest legalne. Oczywiste jest jednak to, że jeśli dane te są wyświetlane w ramach członkostwa premium, powinny być również dostępne w odpowiedzi na wniosek o dostęp zgodnie z art. 15 RODO. LinkedIn odmawia jednak spełnienia tego wymogu - i nagle powołuje się na rzekome obawy dotyczące ochrony danych, które rzekomo pojawiają się tylko w przypadku żądania dostępu.
Sprzedaż danych: Tak! Prawo dostępu: Nie? LinkedIn nieustannie próbuje zachęcić swoich użytkowników do zapisania się na płatne członkostwo premium. Jest to promowane głównie poprzez funkcję, która pozwala użytkownikom przeglądać listę wszystkich odwiedzających ich profil w ciągu ostatnich 365 dni. Wielu innych dostawców również próbuje wykorzystywać dane użytkowników do tworzenia produktów premium. Jednak zgodnie z prawem UE takie dane osobowe powinny być dostępne bezpłatnie. Stawia to LinkedIn przed dylematem prawnym: dane ukryte za członkostwem premium musiałyby również zostać udostępnione w ramach wniosku o bezpłatny dostęp zgodnie z art. 15 RODO.
LinkedIn śledzi wizyty na profilu. Powodem jest to, że dane odwiedzających do pewnego stopnia stanowią wspólne dane między odwiedzającymi a tymi, których profile są odwiedzane. Takie dane dotyczące aktywności są często analizowane w celu personalizacji wyświetlanych treści lub reklam. Chociaż LinkedIn pozwala użytkownikom zrezygnować z tego śledzenia, nie prosi o aktywną zgodę (opt-in). W związku z tym wątpliwe jest, w jakim stopniu rejestrowanie odwiedzin profilu jest w ogóle legalne.
Martin Baumann, prawnik zajmujący się ochroną danych w noyb: "Sprzedaż danych własnym użytkownikom jest popularną praktyką wśród firm. W rzeczywistości jednak ludzie mają prawo do bezpłatnego otrzymywania własnych danych. Absurdem jest to, że firmy wydają się uznawać znaczenie ochrony danych tylko wtedy, gdy chcą je sprzedawać. Na przykład, gdy LinkedIn nie ma problemu z przekazywaniem pewnych danych w zamian za pieniądze - ale nagle zaczyna martwić się o prywatność innych użytkowników, gdy korzystasz z prawa dostępu"
Ochrona danych a ochrona danych. Szczególnie absurdalne jest to, że LinkedIn używa rzekomego "interesu ochrony danych" jako argumentu odmawiającego prawa dostępu do danych na mocy RODO. Albo dane nie mogą być dostępne dla nikogo, albo - jeśli dla odwiedzającego jest jasne, że dane są widoczne - muszą być również ujawnione zgodnie z art. 15 RODO.
Martin Baumann, prawnik zajmujący się ochroną danych w noyb: "Ochrona praw i wolności innych osób może być zdecydowanie powodem nieujawniania udostępnionych danych osobowych. Jeśli jednak firma zwróciła się o odpowiednią zgodę i jest wyraźnie skłonna udostępnić te same dane za opłatą, argument ten nie ma już zastosowania"
Prawa wynikające z RODO jako okazja do zarobienia pieniędzy? RODO określa różne prawa umożliwiające użytkownikom dostęp do ich danych i ich zmianę w społeczeństwie informacyjnym. Jednak firmy często nadal pobierają za to opłaty, niezależnie od tego, czy chodzi o wnioski o dostęp do stowarzyszenia wierzycieli lub korektę nazwisk na biletach. Opłaty te są często od dawna ustalone - ale nielegalne.
Skarga została złożona. noyb złożył zatem skargę do austriackiego organu ochrony danych w imieniu użytkownika LinkedIn i domaga się pełnej odpowiedzi na jego wniosek o dostęp. Ponadto, noyb proponuje nałożenie grzywny, aby zapobiec podobnym naruszeniom w przyszłości.